sobota, 8 lipca 2017

Fotograf chwili. Posłuchaj deszczu - komentarz

Uwaga, nadchodzę z obiecanym komentarzem!
(I tyle tytułem wstępu, bo o ile zawsze w szkolnych wypracowankach ładnie zagajałam i chyba w dużym stopniu dlatego dostawałam z nich dobre oceny, jakoś tutaj nie mam pomysłu na wstęp, więc będę niepokorna i zamieszczę post bez wstępu. Taki ze mnie łobuz, o!)

Tekst wiersza gwoli przypomnienia:

Posłuchaj deszczu

Zaciskasz dłonie, powieki, wargi
Przeciążony jak to biurko kartkami
Egzamin. Pięć. Zaraz.
Świat. Skandal. Zamach. Policja.
Praca. Szef. Termin.

Zostaw.
Usiądź.
Posłuchaj deszczu.

Posłuchaj
Krople poruszają żyłki - struny liści
Subtelnie stukocą w okuty blachą murek
Szepczą muskając się wzajem poruszane wiatrem
Grają.

Grają
Przygłuszoną sonatę wyciszenia

Malują
Ślepcowi i śpiącemu
W miejsce miasta pejzaż puszczy
Kojącej szmerem, szumem, szelestem..
Słuchaj
Posłuchaj deszczu.

Okoliczności napisania Posłuchaj deszczu opisałam już pokrótce w poście z wierszem. Siedziałam nad notatkami, próbując przyswoić wiedzę z angielskiej gramatyki opisowej, wykładanej przez średnio kompetentną Panią Profesor przybyłą ze wschodu niczym Trzej Królowie, co nie było łatwym zajęciem. Był to jeden z cięższych tygodni, z licznymi egzaminami. Zmęczona nauką, zdecydowałam się na chwilę przerwy, wstałam od biurka i puściłam sobie muzykę. Padał deszcz. Przysiadłam na oknie, patrzyłam na deszczowy pejzaż mojego warszawskiego podwórka i zdałam sobie sprawę, że muzyka mi przeszkadza. Że o wiele przyjemniejszy w tej chwili jest dźwięk wiosenno-letniego deszczu, przywodzący na myśl spokój, wyciszenie i harmonię. I wyrażenie w tej chwili jest tu kluczowe.

Uwiecznić chwilę. To cel, który bardzo często przyświeca moim poetyckim staraniom. Celem moich utworów prawie nigdy nie jest wpojenie czy propagowanie jakiejś postawy. Zazwyczaj chcę uchwycić jakieś ulotne piękno, często coś, na co niemal nikt nie zwróciłby uwagi. Przy takich wierszach staram się być jakby malarzem czy fotografem tej chwili, moimi wersami utrwalić ją w pamięci, a potem być może przekazać jej urok dalej. To dla tego tak lubię znajdować swoje miejsca poza światem, o których kiedyś już pisałam* - ponieważ ich urok jest niepowtarzalny i zamyka się w chwili.

Poetów chwili było już zapewne mnóstwo. Ale według mnie nie oznacza to, że wszyscy piszą o tym samym. Wręcz przeciwnie. Dany moment może zostać odebrany przez każdego człowieka  całkowicie inaczej. 

Poskaczmy w czasoprzestrzeni, zgarnijmy poetów z różnych epok i prądów literackich, posadźmy ich w kółeczku na polance podczas deszczu i każmy im napisać wiersz. Romantyk będzie próbował oddać, jak otaczająca go przyroda współgra z jego wnętrzem, jak ulewa i niespokojne chmury oddają rozdarcie jego duszy. Dekadent zapełni kartkę wersami o melancholii i szarych barwach życia zbliżonych do barw deszczowego nieba. Klasycysta, zachowując uporządkowaną formę, zachwyci się (trochę jak ja) harmonią, jaka panuje w naturze, której to harmonii deszcz jest nieodzowną częścią. A poeta awangardowy to cholera wie co zrobi, ale w każdym razie takiego wiersza jeszcze nie widziałeś i będziesz musiał go przeczytać tak ze trzy razy, żeby (może) coś zrozumieć. Oczywiście okrutnie tutaj upraszczam, aby zilustrować to, co mam na myśli - w praktyce ilu poetów, tyle wierszowanych interpretacji danej chwili, mogą one być do siebie mniej lub bardziej podobne, a także jeden poeta może odwoływać się do drugiego - przykładowo Staff w swoich Melodiach zmierzchów dokonuje pastiszu jednego z najbardziej znanych wierszy Tetmajera.

Jeśli chodzi o moje inspiracje, o ile jestem od jakiegoś czasu bardzo leśmianowa, a zachwyt nad przyrodą w wydaniu sztuka dla sztuki to jego specjalność, tu nie nawiązywałam, a przynajmniej nie świadomie, do wierszy Leśmiana. Tutaj natchnął mnie poeta, którego niektórzy uważają za swoistego włoskiego Leśmiana - Gabriele D'Annunzio. Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że jestem jeszcze o wiele za słaba z włoskiego po tych dwóch latach nauki, aby z łatwością czy chociaż z umiarkowanym wysiłkiem interpretować wiersze po włosku, utwór La pioggia nel pineto (pl: Deszcz w sosnowym lesie**) jakoś do mnie trafił. Omawialiśmy go na (zazwyczaj nudnych jak flaki z olejem) zajęciach z literatury włoskiej, i nawet pomimo, że pojawiały się słowa, których nie rozumiałam, w jakiś sposób ten wiersz poczułam. Było to już jakiś czas temu, ale za każdym razem kiedy patrzę na tekst Posłuchaj deszczu, utwierdzam się w przekonaniu, że duch pana D'Annunzio nawiedził mnie w ten deszczowy czerwcowy dzień, kiedy to powstało wyżej wymienione wierszydło.

Ażeby komentarza stało się zadość, wspomnieć warto jeszcze o początku mojego wiersza. Zazwyczaj od początku się zaczyna, tyle, że  tym przypadku początek został dopisany później, ponieważ bałam się, że ucieknie mi ta chwila, którą tak bardzo chciałam uchwycić w kadrze moich wersów. Początek ów został dopisany z myślą o pewnym panu, który bardzo angażował się w naukę do sesji, co z resztą bardzo mu się chwali, aczkolwiek w pewnym momencie myślałam, że się nieszczęśnik przepracuje i jakieś kabelki w mózgu mu się przepalą, albo  najlepszym wypadku podupadnie na zdrowiu z braku spokojnego snu. Na szczęście nic takiego się nie stało. Może dlatego, że posłuchał deszczu.



___________
* w tym poście
**Niestety, znalazłam tylko polski tytuł, nie mogę znaleźć tłumaczenia, jeżeli w ogóle takie powstało, odsyłam więc do tekstu oryginału, a nuż trafi się na moim blogu jakiś włoskojęzyczny czytelnik. Swoją drogą, tłumaczenie wierszy to w dużym stopniu pisanie ich od nowa, dodatkowo ten wiersz wydaje mi się wyjątkowo trudny do potencjalnego tłumaczenia, więc obawiam się, że ewentualny przekład mógłby dość dotkliwie skrzywdzić oryginał. Niemniej jednak, jeżeli znajdę tłumaczenie, zedytuję post i zamieszczę link.

1 komentarz:

  1. O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny. Chociaż w tym przypadku wiosenno-letni.
    Super, oby mówił więcej i częściej ;)

    OdpowiedzUsuń