środa, 4 października 2017

Ciepło

Jesień przyszła. Dla wielu oznacza to tyle co zimno, szaro, deszcz i depresja. Trzeba więc z tą jesienią sobie jakoś radzić.

Sposobów istnieje wiele. Te najlepiej działające w moim przypadku to na przykład jakiś gorący napój i dobra książka czy wiersz, albo posiedzenie z Wenem - może być pisanie smutno-jesiennego wiersza, aby ów jesienny smutek chociaż w części przelać na papier. Kiedyś taki wiersz nawet zaczęłam skrobać, nieźle się zapowiadał, ale został niedokończony.

Ale moim zdaniem najlepszy sposób na jesienną chandrę to bliskość drugiej osoby. Kogoś, kto jest dla nas ważny i jego obecność działa jak mały grzejniczek, który ma magiczną właściwość ogrzewania serca. Takim kimś może być każdy - nie tylko nasza druga połówka, ale i przyjaciel od lat, ukochana babcia, brat bliźniak czy wierny pies. 

Ja jednak mój wcale nie jesienny, ale natchniony takim właśnie ciepłem wiersz napisałam na początku mojego związku z osobą, która ma w sobie niezmierzone pokłady owego ciepła. Z osobą, której obecność w moim życiu chyba na zawsze przekreśliła szanse dokończenia wspomnianego wcześniej depresyjnego jesiennego wiersza. Bo czuję, że jesienna depresja już nie jest mi straszna, a moje serce jest i będzie ogrzewane przez zaczarowany grzejniczek umieszczony dokładnie pod sercem owej Osoby.

I tak oto, w dzień, kiedy mija równo pół roku, od kiedy wspomniana Osoba na własne życzenie wpakowała się w użeranie się ze mną jako ze swoją oficjalną dziewczyną, wstawiam poprzedzone nieproporcjonalnie długaśnym wstępem to oto moje dziełko, mając nadzieję, że chociaż część ciepła, które czuję w sobie, przez te kilka wersów trafi i do Was i pomoże Wam przetrwać nadchodzącą jesień. I zimę. A ma być zima stulecia, więc tym bardziej!


Ciepło

                                        Filipowi

Miły, oswojony mrok
Oprósza oczy snem a ciało otula ciepłem
Głowa miękko złożona na pościeli
W półśnie przywołuje Ciebie
Wtula się w puch
A nieświadomy uśmiech z wolna wypływa na usta

Oswoiłam Cię
Przynosisz ukojenie i ciepłem otulasz serce
Wtulając sie w Ciebie
Uśmiecham się całkiem świadomie
Dziękując że jesteś

                              (9 kwietnia 2017)

sobota, 8 lipca 2017

Fotograf chwili. Posłuchaj deszczu - komentarz

Uwaga, nadchodzę z obiecanym komentarzem!
(I tyle tytułem wstępu, bo o ile zawsze w szkolnych wypracowankach ładnie zagajałam i chyba w dużym stopniu dlatego dostawałam z nich dobre oceny, jakoś tutaj nie mam pomysłu na wstęp, więc będę niepokorna i zamieszczę post bez wstępu. Taki ze mnie łobuz, o!)

Tekst wiersza gwoli przypomnienia:

Posłuchaj deszczu

Zaciskasz dłonie, powieki, wargi
Przeciążony jak to biurko kartkami
Egzamin. Pięć. Zaraz.
Świat. Skandal. Zamach. Policja.
Praca. Szef. Termin.

Zostaw.
Usiądź.
Posłuchaj deszczu.

Posłuchaj
Krople poruszają żyłki - struny liści
Subtelnie stukocą w okuty blachą murek
Szepczą muskając się wzajem poruszane wiatrem
Grają.

Grają
Przygłuszoną sonatę wyciszenia

Malują
Ślepcowi i śpiącemu
W miejsce miasta pejzaż puszczy
Kojącej szmerem, szumem, szelestem..
Słuchaj
Posłuchaj deszczu.

Okoliczności napisania Posłuchaj deszczu opisałam już pokrótce w poście z wierszem. Siedziałam nad notatkami, próbując przyswoić wiedzę z angielskiej gramatyki opisowej, wykładanej przez średnio kompetentną Panią Profesor przybyłą ze wschodu niczym Trzej Królowie, co nie było łatwym zajęciem. Był to jeden z cięższych tygodni, z licznymi egzaminami. Zmęczona nauką, zdecydowałam się na chwilę przerwy, wstałam od biurka i puściłam sobie muzykę. Padał deszcz. Przysiadłam na oknie, patrzyłam na deszczowy pejzaż mojego warszawskiego podwórka i zdałam sobie sprawę, że muzyka mi przeszkadza. Że o wiele przyjemniejszy w tej chwili jest dźwięk wiosenno-letniego deszczu, przywodzący na myśl spokój, wyciszenie i harmonię. I wyrażenie w tej chwili jest tu kluczowe.

Uwiecznić chwilę. To cel, który bardzo często przyświeca moim poetyckim staraniom. Celem moich utworów prawie nigdy nie jest wpojenie czy propagowanie jakiejś postawy. Zazwyczaj chcę uchwycić jakieś ulotne piękno, często coś, na co niemal nikt nie zwróciłby uwagi. Przy takich wierszach staram się być jakby malarzem czy fotografem tej chwili, moimi wersami utrwalić ją w pamięci, a potem być może przekazać jej urok dalej. To dla tego tak lubię znajdować swoje miejsca poza światem, o których kiedyś już pisałam* - ponieważ ich urok jest niepowtarzalny i zamyka się w chwili.

Poetów chwili było już zapewne mnóstwo. Ale według mnie nie oznacza to, że wszyscy piszą o tym samym. Wręcz przeciwnie. Dany moment może zostać odebrany przez każdego człowieka  całkowicie inaczej. 

Poskaczmy w czasoprzestrzeni, zgarnijmy poetów z różnych epok i prądów literackich, posadźmy ich w kółeczku na polance podczas deszczu i każmy im napisać wiersz. Romantyk będzie próbował oddać, jak otaczająca go przyroda współgra z jego wnętrzem, jak ulewa i niespokojne chmury oddają rozdarcie jego duszy. Dekadent zapełni kartkę wersami o melancholii i szarych barwach życia zbliżonych do barw deszczowego nieba. Klasycysta, zachowując uporządkowaną formę, zachwyci się (trochę jak ja) harmonią, jaka panuje w naturze, której to harmonii deszcz jest nieodzowną częścią. A poeta awangardowy to cholera wie co zrobi, ale w każdym razie takiego wiersza jeszcze nie widziałeś i będziesz musiał go przeczytać tak ze trzy razy, żeby (może) coś zrozumieć. Oczywiście okrutnie tutaj upraszczam, aby zilustrować to, co mam na myśli - w praktyce ilu poetów, tyle wierszowanych interpretacji danej chwili, mogą one być do siebie mniej lub bardziej podobne, a także jeden poeta może odwoływać się do drugiego - przykładowo Staff w swoich Melodiach zmierzchów dokonuje pastiszu jednego z najbardziej znanych wierszy Tetmajera.

Jeśli chodzi o moje inspiracje, o ile jestem od jakiegoś czasu bardzo leśmianowa, a zachwyt nad przyrodą w wydaniu sztuka dla sztuki to jego specjalność, tu nie nawiązywałam, a przynajmniej nie świadomie, do wierszy Leśmiana. Tutaj natchnął mnie poeta, którego niektórzy uważają za swoistego włoskiego Leśmiana - Gabriele D'Annunzio. Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że jestem jeszcze o wiele za słaba z włoskiego po tych dwóch latach nauki, aby z łatwością czy chociaż z umiarkowanym wysiłkiem interpretować wiersze po włosku, utwór La pioggia nel pineto (pl: Deszcz w sosnowym lesie**) jakoś do mnie trafił. Omawialiśmy go na (zazwyczaj nudnych jak flaki z olejem) zajęciach z literatury włoskiej, i nawet pomimo, że pojawiały się słowa, których nie rozumiałam, w jakiś sposób ten wiersz poczułam. Było to już jakiś czas temu, ale za każdym razem kiedy patrzę na tekst Posłuchaj deszczu, utwierdzam się w przekonaniu, że duch pana D'Annunzio nawiedził mnie w ten deszczowy czerwcowy dzień, kiedy to powstało wyżej wymienione wierszydło.

Ażeby komentarza stało się zadość, wspomnieć warto jeszcze o początku mojego wiersza. Zazwyczaj od początku się zaczyna, tyle, że  tym przypadku początek został dopisany później, ponieważ bałam się, że ucieknie mi ta chwila, którą tak bardzo chciałam uchwycić w kadrze moich wersów. Początek ów został dopisany z myślą o pewnym panu, który bardzo angażował się w naukę do sesji, co z resztą bardzo mu się chwali, aczkolwiek w pewnym momencie myślałam, że się nieszczęśnik przepracuje i jakieś kabelki w mózgu mu się przepalą, albo  najlepszym wypadku podupadnie na zdrowiu z braku spokojnego snu. Na szczęście nic takiego się nie stało. Może dlatego, że posłuchał deszczu.



___________
* w tym poście
**Niestety, znalazłam tylko polski tytuł, nie mogę znaleźć tłumaczenia, jeżeli w ogóle takie powstało, odsyłam więc do tekstu oryginału, a nuż trafi się na moim blogu jakiś włoskojęzyczny czytelnik. Swoją drogą, tłumaczenie wierszy to w dużym stopniu pisanie ich od nowa, dodatkowo ten wiersz wydaje mi się wyjątkowo trudny do potencjalnego tłumaczenia, więc obawiam się, że ewentualny przekład mógłby dość dotkliwie skrzywdzić oryginał. Niemniej jednak, jeżeli znajdę tłumaczenie, zedytuję post i zamieszczę link.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Posłuchaj deszczu

Skończyłam sesję. Z tej okazji nie mam zamiaru po raz milionowy zarzekać się przed samą sobą i przed przypadkowymi czytelnikami (bo jestem zbyt leniwą bułą pozbawioną zapału, aby pisać na tyle często, by mieć czytelników stałych), że będę zaglądać tu częściej. Powinnam po prostu to zrobić, do czego w najbliższym czasie będę miała sprzyjające warunki. Zobaczymy.

Od  razu zapowiem, że rozważam popełnienie komentarza do wiersza. Może pojawić się tu w przeciągu paru dni, ale nie chcę nic obiecywać, bo nie jestem pewna czy rzeczywiście chciałabym coś do niego dodać. Po raz kolejny, zobaczymy.

Z okazji zakończonej sesji wstawiam natomiast wiersz. Wiersz, którego głównym tematem nie jest bynajmniej sesja, ale został napisany w jej trakcie, kiedy to zmęczona nauką podeszłam do okna i postanowiłam zrobić dokładnie to, co mówi tytuł wiersza.

Życzę przyjemnej lektury :)


Posłuchaj deszczu

Zaciskasz dłonie, powieki, wargi
Przeciążony jak to biurko kartkami
Egzamin. Pięć. Zaraz.
Świat. Skandal. Zamach. Policja.
Praca. Szef. Termin.

Zostaw.
Usiądź.
Posłuchaj deszczu.

Posłuchaj
Krople poruszają żyłki - struny liści
Subtelnie stukocą w okuty blachą murek
Szepczą muskając się wzajem poruszane wiatrem
Grają.

Grają
Przygłuszoną sonatę wyciszenia

Malują
Ślepcowi i śpiącemu
W miejsce miasta pejzaż puszczy
Kojącej szmerem, szumem, szelestem..
Słuchaj
Posłuchaj deszczu.

sobota, 6 maja 2017

The end of

Polegamy na elektryczności i technologii.
Bazy danych pacjentów. Serwery międzynarodowych stron www. Nośniki pamięci. Oprogramowania wspomagające pracę grafików, tłumaczy, architektów. Prace zaliczeniowe studentów pisane w edytorach tekstu, wysyłane mailem. Zdjęcia przechowywane na twardych dyskach, nigdy nie wywołane. Listy zakupów w notatkach w smartfonie. Radio w kuchni. Oświetlenie mieszkania. Woda na herbatę w czajniku elektrycznym.
Pomysł na ten wiersz, natchniony postawą jego adresatki, narodził się z prostej refleksji: a co się stanie, jeśli to wszystko pierdolnie?


The end of

                                                                           Oldze

Przyjdzie dzień, gdy zniknie całe zasilanie świata
I Palec Boży zmiecie monumentalne elektrownie
Hiperbezpieczne serwery wypikają
Rapsod żałosny
Pokoleniu, po którym nic nie zostanie

W FBI uruchomią zagrzebane w archiwach procedury
Lub uciekną się do najpierwotniejszej formy komunikacji
Tej, którą każdy zaczyna życie
A niektórzy je kończą

Gdy chaos wycieknie na ulice jak dane
Drzwiami i oknami
Dziesiątych pięter

Gdy w braku telefonów politycy
Będą plątać się po ulicach jak kable
Gdy rozgardiasz zaszumi przegrzany jak twardy dysk



Przyjedziesz do mnie rowerem
Wyciągniesz gitarę z futerału
Ja zapalę jaśminowe świeczki
I wyciągnę zeszyty z szuflady

niedziela, 23 kwietnia 2017

Miejsca poza światem. Wiersz biały - komentarz



[Notka od nierozgarniętej autorki:
Ten post miał być wstawiony na dniach od opublikowania wiersza białego. Tych dni zrobiło się równo 65. Ja się już nawet nie będę tłumaczyć. Ja po prostu go wstawię.]

Tym oto wpisem otwieram dział mojej twórczości zwany prozaicznie komentarzami do wierszy. Pomysł stworzenia cyklu zagościł w mojej łepetynie, gdy pisałam post zawierający tytułowy wiersz. Chciałam uwzględnić kilka rzeczy związanych z okolicznościami jego powstania, z drugiej strony jednak nie chciałam wepchnąć wiersza gdzieś w środek postu zakończonego długaśnym komentarzem, który zastąpiłby Waszą refleksję czy interpretację po przeczytaniu utworu, uważam bowiem, że każda interpretacja jest dobra i mimo tego, że jestem autorem, nie mam najmniejszego prawa narzucać Czytelnikowi, co ma rozmieć przez dane słowa. Poezja jest nieoczywista między innymi po to, aby każdy odczuwał ją po swojemu. Ale o tym jeszcze będzie przy okazji innego wierszydła.

Z uwagi na takie właśnie moje zdanie w tej materii, nie mam zamiaru umieszczać tu interpretacji spod znaku słynnego co poeta miał na myśli. Wpis, który czytacie, zawiera kilka zdań o tym, jakie emocje towarzyszyły mi przy pisaniu tego wiersza, a także o jego wpływie na resztę mojej twórczości, której fragmentami konsekwentnie zamierzam wypełniać mój kawałek internetu. Jeśli w jakimkolwiek stopniu Cię to interesuje, zapraszam do lektury.

Dla przypomnienia jeszcze raz zamieszczę tekst wiersza, gdyby ktoś chciał sobie go odświeżyć lub po prostu na niego zerkać.


Wiersz biały

Siedzę w parku i piszę wiersz
Biały jak ten puch opadły z topoli
Ptasie ballady w odmętach gałęzi
Szum liści
Ulica śpiewająca w oddali jak te ptaki
Zakątek prawie poza światem
I nastrój burzy jedynie ekran mojego smartfona
Bo nie wzięłam ze sobą zeszytu

Z boku patrzy posąg dawnych męczenników
Postawiony ku pamięci
Patrząc na zmorzone wiecznym snem stare gazownie
Chciałabym tu zostać na dłużej

Choć do szczęścia zdałby się jeszcze ktoś
Do wspólnej kontemplacji topolego puchu i starych gazowni
Jest miło
Ławka staje się ustroniem
Rozrosła brzoza niedowidzącym strażnikiem ciszy
Którą z rzadka zmąci ktoś nieproszony

Jak pobliski mur rozpada się poczucie czasu
I trzeba już wracać
Do hałasu codzienności
(Już teraz wrony zdają się krakać głośniej
Nawołując mnie do powrotu)

Więc żegnajcie gazownie, ławko i ty, stara brzozo
Dziś posiadłam was jak Chopin swą wierzbę czy Kochanowski swój Czarnolas
Powrócę być może niedługo
Sklecić kilka nowych zdań, może tym razem rymowanych

A może z kimś innym za rękę
A może jednak pozostawię to miejsce moim
Żegnajcie więc gazownie, ławko i brzozo
Powrócę



To właściwie jeden z moich pierwszych wierszy*. Pisząc go, byłam zachwycona otaczającym mnie miejscem. Zwykły park, gdzieś pośród miasta, ale wydawało się, że wszystko, cały miejski szum i pośpiech, jest gdzieś z dala od tego magicznego skrawka rzeczywistości, gdzie panuje spokój. Odosobnione miejsca zawsze wydawały mi się atrakcyjne, ale przysiadając sobie teraz nad Wierszem białym uświadomiłam sobie, że chyba właśnie od momentu jego napisania upodobałam sobie takie właśnie miejsca, w środku miasta albo w każdym razie będące częścią miasta, ale jednak sprawiające wrażenie w jakiś sposób odciętych nie tylko od niego, ale od reszty świata. Mają specyficzną atmosferę, jakąś swoją energię, przez co często dostarczają mi inspiracji - przebywając tam, próbuję uchwycić, nie wiem na ile skutecznie, tę energię i przelać ją na papier, wkomponować w wersy i chociaż w pewnym stopniu uwiecznić ją, a odkąd publikuję, również przekazać ją dalej. Czasem będzie to główny motyw powstałego pod wpływem takiego miejsca utworu, poniekąd sztuka dla sztuki, a często wplotę również jakieś przemyślenia czy uczucia, które w danym momencie we mnie tkwią, i pod wpływem tej właśnie energii postanowią wyjść na wierzch.

Dla jasności, sprostuję coś. Kiedy słyszy się opuszczone miejsca, łatwo pomyśleć, że chodzi o jakieś szemrane okolice, gdzie nikt nie chodzi, albo jakieś rozpadające się rudery o których zapomniał świat. Przyznam, że uskutecznianie wierszoklectwa w tych ostatnich byłoby ciekawe, ale takiej przygody nie miałam i tutaj zupełnie nie o to mi chodzi. Chodzi mi o miejsca często w jakiś sposób zaplątane w przestrzeń publiczną, ale takie, gdzie akurat  nie ma nikogo, kto mógłby popsuć wrażenie odosobnienia. Moje miejsce poza światem może być nie tylko brzegiem rzeki na skraju miasta, ale także ławką przy mało uczęszczanej alejce w parku, czy nawet ustronnym stolikiem w nietłocznej kawiarni lub skwerkiem, na którym zwykle bawią się dzieci i biegają psy, ale akurat w tym momencie nikogo tam nie ma. Miejsce poza światem niekoniecznie musi być poza światem zawsze, wystarczy, że ten stan potrwa przez ten moment, w którym tego potrzebuję.

Mam kilka takich swoich miejsc w Warszawie, i wciąż poszukuję nowych, a czasem to one znajdują mnie. Nie mam zamiaru podać Wam ich lokalizacji, po pierwsze są moje i nie oddam (samolubny Wierszokleta), a poza tym o wiele ciekawiej jest odkryć takie miejsce samemu. Właściwie jest to chyba jedyny sposób. Nie wyobrażam sobie uczynić mojego miejsca z takiego, które swoim miejscem określiła już inna osoba, a ja je od niej perfidnie ściągnęłam, niczym odpowiedzi na egzaminie na.. poetę? Samotnika?

Mogę za to poszukiwaczom samotnych miejsc dać sugestię. Byliście kiedyś w paskudną pogodę nad rzeką? Pewnie nie, bo nikt normalny nie chodzi w paskudną pogodę nad rzekę. No właśnie.** Poczęstuję Was w niedalekiej przyszłości takim wierszem pisanym w paskudną pogodę nad Wisłą. Póki co uważam go za całkiem niezły, na pewno w momencie wstawiania stanę się jakieś trzydzieści razy bardziej krytyczna i ta ocena może się zmienić; przerobiłam to już z Dobranoc, natomiast w przypadku tego wiersza jakoś łatwiej mi poszło.



To byłoby na tyle, jeśli chodzi o mój pierwszy komentarz. Czy teraz będę wstawiała komentarz po każdym wierszu? Wątpię, tak jak mówię, nie zamieszczam tu interpretacji, bo nie taka moja rola, a nie wiem, czy przy każdym utworze będę miała coś do dodania. Niby wypowiadanie się na tematy, na które nie ma się nic do powiedzenia zdaje się modne, ale ja jakoś nigdy specjalnie nie interesowałam się modą.

____________________________
*Nie biorę pod uwagę okazjonalnych wierszyków z życzeniami, które w dzieciństwie pisałam namiętnie na każde święto czy imieniny w rodzinie, a o tych dosłownie kilku okropieństwach, które popełniłam w gimnazjum, wolę zapomnieć jak najprędzej.

**Oczywiście w ramach możliwości zalecam zachować resztki rozsądku i wyposażyć się w coś nieprzemakalnego, jeżeli składową paskudnej pogody jest deszcz czy inny opad. A poszukiwanie swojego miejsca podczas burzy w ogóle odradzałabym stanowczo.

piątek, 17 lutego 2017

Wiersz biały

Oto wróciłam.
Pokonałam potwora na S., nawet zdałam wszystko i to nawet z całkiem zadowalającymi wynikami. Od czasu mojego ostatniego posta zdążyłam również spożytkować tydzień ferii na życie towarzyskie oraz pracę, po czym pochorować się na zapalenie gardła oraz ucha.

Muszę przyznać, że w owym wolnym czasie zaniedbałam moją twórczość około- i czysto poetycką. Mój Wen bowiem był zajęty natychaniem mnie do całkiem innego zajęcia - rysowania. Inspiracji dostarczył mi kolega z pracy, który to od pewnego czasu pasjonuje się formą rysunku zwaną doodle art, i jak widać udało mu się zyskać sympatyka w mojej osobie. Chodziło mi nawet po głowie, żeby wstawić tu kilka moich bazgrołków (nie jest to stricte doodle art, ale takie cuś) ale stwierdziłam, że nie ma to większego sensu, bo nijak nie ma to nic wspólnego z tematyką bloga, a właściwie przydałoby się mieć tu trochę więcej, niż jeden łysy wiersz.

Oto i wiersz.
Wiersz napisany na ławce w parku, podczas powrotu do domu w pewne majowe popołudnie. Wiersz napisany całkiem spontanicznie, pod wpływem otaczającej mnie przyrody, pod wpływem chwili i w jedną chwilę, za jednym podejściem, nie poprawiany później, nie wzbogacony o ani jeden detal.


Wiersz biały

Siedzę w parku i piszę wiersz
Biały jak ten puch opadły z topoli
Ptasie ballady w odmętach gałęzi
Szum liści
Ulica śpiewająca w oddali jak te ptaki
Zakątek prawie poza światem
I nastrój burzy jedynie ekran mojego smartfona
Bo nie wzięłam ze sobą zeszytu

Z boku patrzy posąg dawnych męczenników
Postawiony ku pamięci
Patrząc na zmorzone wiecznym snem stare gazownie
Chciałabym tu zostać na dłużej

Choć do szczęścia zdałby się jeszcze ktoś
Do wspólnej kontemplacji topolego puchu i starych gazowni
Jest miło
Ławka staje się ustroniem
Rozrosła brzoza niedowidzącym strażnikiem ciszy
Którą z rzadka zmąci ktoś nieproszony

Jak pobliski mur rozpada się poczucie czasu
I trzeba już wracać
Do hałasu codzienności
(Już teraz wrony zdają się krakać głośniej
Nawołując mnie do powrotu)

Więc żegnajcie gazownie, ławko i ty, stara brzozo
Dziś posiadłam was jak Chopin swą wierzbę czy Kochanowski swój Czarnolas
Powrócę być może niedługo
Sklecić kilka nowych zdań, może tym razem rymowanych

A może z kimś innym za rękę
A może jednak pozostawię to miejsce moim
Żegnajcie więc gazownie, ławko i brzozo
Powrócę

czwartek, 12 stycznia 2017

Uwaga, możliwy zastój w publikowaniu - System Eksterminacji Studentów Jest Aktywny

W skrócie S.E.S.J.A.
Kilka postów temu się kajałam, a że nie chcę znowu, zamieszczam takie króciutkie obwieszczenie:
Jak wiedzą wszyscy, którzy mają cokolwiek wspólnego ze środowiskiem akademickim, zbliża się straszny potwór na S, i nie chodzi mi o Smoka Wawelskiego ani o Smog(a) Warszawski(ego). A że w mojej głowie rodzą się nieraz dziwne pomysły, to tak sobie wymyśliłam, że całkiem niegłupio byłoby ją zdać. W związku z tym, jako porządny student zdecydowanie powinnam przyłożyć się do nauki między innymi do 6 zaliczeń, które będą miały miejsce na moim ukochanym wydziale w przeciągu jedego tygodnia, więc możliwym jest tymczasowy zastój w publikacjach - gdzieś do początku lutego.
Może. Ale nie musi. Tak jak napisałam, zrobiłby to każdy porządny student. A czy ja jestem porządnym studentem, kwestia wątpliwa. Sesja, sesja, a tymczasem 3 posty czekają na dokończenie tudzież poprawki, w tym jedno wierszydło wisi i musi jedynie zostać opatrzone stosownym kometarzem. Czyli jak tak na to patrzę, to nie wiem czy pisanie tego posta ma jakiś większy sens, jako że nie należę do blogerów wstawiających coś każdego dnia, a nawet raz na tydzień. Ale niech wisi. Po przejściu potwora na S postaram się przyłożyć i wrzucać posty częściej, zwłaszcza, że tak jak pisałam, kilka jest w fazie produkcyjnej.
To tyle ogłoszenia, idźcie z Wenem.