[Notka od nierozgarniętej autorki:
Ten post miał być wstawiony na dniach od opublikowania wiersza białego. Tych dni zrobiło się równo 65. Ja się już nawet nie będę tłumaczyć. Ja po prostu go wstawię.]
Tym oto wpisem otwieram dział mojej twórczości zwany prozaicznie komentarzami do wierszy. Pomysł stworzenia cyklu zagościł w mojej łepetynie, gdy pisałam post zawierający tytułowy wiersz. Chciałam uwzględnić kilka rzeczy związanych z okolicznościami jego powstania, z drugiej strony jednak nie chciałam wepchnąć wiersza gdzieś w środek postu zakończonego długaśnym komentarzem, który zastąpiłby Waszą refleksję czy interpretację po przeczytaniu utworu, uważam bowiem, że każda interpretacja jest dobra i mimo tego, że jestem autorem, nie mam najmniejszego prawa narzucać Czytelnikowi, co ma rozmieć przez dane słowa. Poezja jest nieoczywista między innymi po to, aby każdy odczuwał ją po swojemu. Ale o tym jeszcze będzie przy okazji innego wierszydła.
Z uwagi na takie właśnie moje zdanie w tej materii, nie mam zamiaru umieszczać tu interpretacji spod znaku słynnego co poeta miał na myśli. Wpis, który czytacie, zawiera kilka zdań o tym, jakie emocje towarzyszyły mi przy pisaniu tego wiersza, a także o jego wpływie na resztę mojej twórczości, której fragmentami konsekwentnie zamierzam wypełniać mój kawałek internetu. Jeśli w jakimkolwiek stopniu Cię to interesuje, zapraszam do lektury.
Dla przypomnienia jeszcze raz zamieszczę tekst wiersza, gdyby ktoś chciał sobie go odświeżyć lub po prostu na niego zerkać.
Wiersz biały
Siedzę w parku i piszę wiersz
Biały jak ten puch opadły z topoli
Ptasie ballady w odmętach gałęzi
Szum liści
Ulica śpiewająca w oddali jak te ptaki
Zakątek prawie poza światem
I nastrój burzy jedynie ekran mojego smartfona
Bo nie wzięłam ze sobą zeszytu
Z boku patrzy posąg dawnych męczenników
Postawiony ku pamięci
Patrząc na zmorzone wiecznym snem stare gazownie
Chciałabym tu zostać na dłużej
Choć do szczęścia zdałby się jeszcze ktoś
Do wspólnej kontemplacji topolego puchu i starych gazowni
Jest miło
Ławka staje się ustroniem
Rozrosła brzoza niedowidzącym strażnikiem ciszy
Którą z rzadka zmąci ktoś nieproszony
Jak pobliski mur rozpada się poczucie czasu
I trzeba już wracać
Do hałasu codzienności
(Już teraz wrony zdają się krakać głośniej
Nawołując mnie do powrotu)
Więc żegnajcie gazownie, ławko i ty, stara brzozo
Dziś posiadłam was jak Chopin swą wierzbę czy Kochanowski swój Czarnolas
Powrócę być może niedługo
Sklecić kilka nowych zdań, może tym razem rymowanych
A może z kimś innym za rękę
A może jednak pozostawię to miejsce moim
Żegnajcie więc gazownie, ławko i brzozo
Powrócę
To właściwie jeden z moich pierwszych wierszy*. Pisząc go, byłam zachwycona otaczającym mnie miejscem. Zwykły park, gdzieś pośród miasta, ale wydawało się, że wszystko, cały miejski szum i pośpiech, jest gdzieś z dala od tego magicznego skrawka rzeczywistości, gdzie panuje spokój. Odosobnione miejsca zawsze wydawały mi się atrakcyjne, ale przysiadając sobie teraz nad Wierszem białym uświadomiłam sobie, że chyba właśnie od momentu jego napisania upodobałam sobie takie właśnie miejsca, w środku miasta albo w każdym razie będące częścią miasta, ale jednak sprawiające wrażenie w jakiś sposób odciętych nie tylko od niego, ale od reszty świata. Mają specyficzną atmosferę, jakąś swoją energię, przez co często dostarczają mi inspiracji - przebywając tam, próbuję uchwycić, nie wiem na ile skutecznie, tę energię i przelać ją na papier, wkomponować w wersy i chociaż w pewnym stopniu uwiecznić ją, a odkąd publikuję, również przekazać ją dalej. Czasem będzie to główny motyw powstałego pod wpływem takiego miejsca utworu, poniekąd sztuka dla sztuki, a często wplotę również jakieś przemyślenia czy uczucia, które w danym momencie we mnie tkwią, i pod wpływem tej właśnie energii postanowią wyjść na wierzch.
Dla jasności, sprostuję coś. Kiedy słyszy się opuszczone miejsca, łatwo pomyśleć, że chodzi o jakieś szemrane okolice, gdzie nikt nie chodzi, albo jakieś rozpadające się rudery o których zapomniał świat. Przyznam, że uskutecznianie wierszoklectwa w tych ostatnich byłoby ciekawe, ale takiej przygody nie miałam i tutaj zupełnie nie o to mi chodzi. Chodzi mi o miejsca często w jakiś sposób zaplątane w przestrzeń publiczną, ale takie, gdzie akurat nie ma nikogo, kto mógłby popsuć wrażenie odosobnienia. Moje miejsce poza światem może być nie tylko brzegiem rzeki na skraju miasta, ale także ławką przy mało uczęszczanej alejce w parku, czy nawet ustronnym stolikiem w nietłocznej kawiarni lub skwerkiem, na którym zwykle bawią się dzieci i biegają psy, ale akurat w tym momencie nikogo tam nie ma. Miejsce poza światem niekoniecznie musi być poza światem zawsze, wystarczy, że ten stan potrwa przez ten moment, w którym tego potrzebuję.
Mam kilka takich swoich miejsc w Warszawie, i wciąż poszukuję nowych, a czasem to one znajdują mnie. Nie mam zamiaru podać Wam ich lokalizacji, po pierwsze są moje i nie oddam (samolubny Wierszokleta), a poza tym o wiele ciekawiej jest odkryć takie miejsce samemu. Właściwie jest to chyba jedyny sposób. Nie wyobrażam sobie uczynić mojego miejsca z takiego, które swoim miejscem określiła już inna osoba, a ja je od niej perfidnie ściągnęłam, niczym odpowiedzi na egzaminie na.. poetę? Samotnika?
Mogę za to poszukiwaczom samotnych miejsc dać sugestię. Byliście kiedyś w paskudną pogodę nad rzeką? Pewnie nie, bo nikt normalny nie chodzi w paskudną pogodę nad rzekę. No właśnie.** Poczęstuję Was w niedalekiej przyszłości takim wierszem pisanym w paskudną pogodę nad Wisłą. Póki co uważam go za całkiem niezły, na pewno w momencie wstawiania stanę się jakieś trzydzieści razy bardziej krytyczna i ta ocena może się zmienić; przerobiłam to już z Dobranoc, natomiast w przypadku tego wiersza jakoś łatwiej mi poszło.
To byłoby na tyle, jeśli chodzi o mój pierwszy komentarz. Czy teraz będę wstawiała komentarz po każdym wierszu? Wątpię, tak jak mówię, nie zamieszczam tu interpretacji, bo nie taka moja rola, a nie wiem, czy przy każdym utworze będę miała coś do dodania. Niby wypowiadanie się na tematy, na które nie ma się nic do powiedzenia zdaje się modne, ale ja jakoś nigdy specjalnie nie interesowałam się modą.
____________________________
*Nie biorę pod uwagę okazjonalnych wierszyków z życzeniami, które w dzieciństwie pisałam namiętnie na każde święto czy imieniny w rodzinie, a o tych dosłownie kilku okropieństwach, które popełniłam w gimnazjum, wolę zapomnieć jak najprędzej.
**Oczywiście w ramach możliwości zalecam zachować resztki rozsądku i wyposażyć się w coś nieprzemakalnego, jeżeli składową paskudnej pogody jest deszcz czy inny opad. A poszukiwanie swojego miejsca podczas burzy w ogóle odradzałabym stanowczo.